Mauro cd…

Tytułem krótkiego update’u wczoraj miałem lenia, i choć zrobiłem dwie sesje na wodzie, pierwsza nawet całkiem ok, to potem jakoś rozeszło się po kościach … :) w sumie najlepsza była drzemka na plaży.

Natomiast dzisiaj …? Przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych na plaże, jeszcze pustą. Kiedy odpalaliśmy po chwili na Manawę, były tam tylko 2 latawce i żadnego ws’a. Zbliżał się pełen pływ, fala była duża, bez tłoku który prowadzi do walki o falę z innymi i tarapatów. Bo niestety wave’mani to nie klub gentelmena, który ustąpi miejsca lub drogi, itd.. Wprost przeciwnie, jeżeli jesteś w lepszej pozycji, wyżej czy szybszy to się pakujesz się nie patrzać na innych z krzykiem żeby spadali i jazda, reszta niech się martwi … :( ale jak nei ma tłoku to nie ma problemu. No więc już pierwszy najazd i piękna fala, fajnie pojechana … :) druga, trzecia, za czwartym razem lekka gleba, nic wielkiego, tylko czuję uderzenie deski w nogę. Przez chwilę boli, ale potem o tym zapominam. Kiedy po ponad godzinie zjeżdżam na brzeg, mogę powiedzieć tylko tyle, że to była najlepsza sesja wave jaką kiedykolwiek zaliczyłem. Dopiero po wylądowaniu latawca okazuje się że lewa noga jest ciut zakrwawiona. Ślady zdają się wskazywać na statecznik jako na sprawcę … ale i tak jestem zachwycony, choć noga ponoć nadaje się do małego szycia.

Po przerwie Marek odpala pierwszy i po chwili widzę jego latawiec w okolicach Szamo (spot tuż przed One Eyem, gdzie dziś były najwyższe fale, takie grzmoty po 3,5 / 4 m) i One Eye’a. Na Manawie tłok, i po chwili zadumy dochodzę do wniosku, że trudno, kiedyś trzeba będzie to zrobić… dziś sama lycra, srebrna taśma na nogę i do roboty. Przez Małego Brake’a podpływam pod Szamo; piękna fala, ale tuż koło niej paskudne skały, których wierzchołki wystają nad wodę między Dziadami … dwa przejazdy trochę bokiem ale lepiej nie prowokować. ok, no to dalej … niby miałem się najpierw tylko przyjrzeć z bezpiecznej odległości, ale zanim przypomnę sobie że Marek mówił że fala na One Eye’u jest strasznie szybko, to właśnie zaczyna pędzić za mną już wypiętrzony Dziad … po pierwszej delikatnej, ale lekko za wolnej zawijce nie mam żadnych wątpliwości że najlepsze, jeżeli nie jedyne co w tej chwili mogę i potrafię zrobić dalej to spieprzać jak się da, bo właśnie mój Dziad zaczyna się zamykać przede mną tubą na długości ze 150 m jak nic … szczęśliwie wiatr dopisuje i na pełnej lufie odpadam pełnym baksztagiem przed ścianą piany, po idealnie gładkiej, lustrzanie przejrzystej wodzie … tuż pod powierzchnią której ujawnia się pełne akwarium kolorowej rafy. Albo przynajmniej tak mi się wydaje, w każdym razie dla resztek własnego spokoju staram się nie patrzeć ani na jedno ani na drugie. Po chwili mam wrażenie że ucieczka jest udana, ściana piany maleje i zwalnia, i kiedy już wydaje mi się że jestem po dobrej stronie mocy, nagle spostrzegam że robi się coraz płycej, rafa już tuz pod nogami, trzeba natychmiast zawracać, po zaraz walne w rafę, i będzie po desce i po mnie. No więc szybki skręt do switch’a, i teraz nie ma wyjścia, trzeba przejść resztki ściany piany. Te resztki mają jednak jeszcze z prawie 1,5 m, a nie wiedzieć dlaczego pokonywania takich przeszkód na switch’u na desce strapless nie ćwiczyłem jakoś specjalnie. Ale udaje się. Jeszcze tylko jedna ściana piany, ale już w normalnym stance’ie i wracam pod górę, po prawie płaskim oceanie, który jakby chciał powiedzieć „ale o co chodzi, jakie fale ..?”. Pierwszy przejazd One Eye’s zaliczony, a tętno ma kilka minut halsówki pod górę na uspokojenie się …:)

Potem jeszcze kilka podobnych przygód, były próby lepszego wykorzystania fali, była i gleba tuż przed rafą i dodatkowe obtarcie na lewej nodze. Po chwili zaczyna jednak siadać, mnie też już wystarcza i omijając szerokim łukiem Szamo wracam do brzegu. Fantastyczne, nawet jeżeli lokalni pro marudzą że fala nie taka duża jak zwykle czy jak powinna być. Przedtem miałem szacunek dla tego miejsca obserwując go z odległości. Po tym jak go sam „dotknąłem”, mam jeszcze większy.

Pzdr. Mec.

 



Zostaw komentarz