Mauro według Mec’a

Relacja Mec’a, tak dla odmiany, wyraźnie inne spojrzenie, choć także wiele elementów wspólnych z moimi wrażeniami:

Przede wszystkim wybaczcie że dopiero dziś, ale jak to często na wakacjach, czas strasznie szybko leci, i to na takich prostych, podstawowych wydarzeniach jak na przykład przesiadywanie na plaży, planowanie pływania, pływanie, dyskusje o pływaniu, a nawet czasami nie tylko o pływaniu, a o rzeczach innych …. :) No i tak jakość się składa że jutro wieczorem będzie tydzień od momentu naszego wyjazdu z Krakowa.
Mauritius był najpierw kolonią francuską, do 1814, potem przejęli go Angole, którzy panowali tu do bodaj że lat 60 tych XX wieku. W efekcie nie wiedzieć dlaczego wszyscy tu mówią po francusku, chyba że się do nich zagada po angielsku, wtedy okazuje się że i z tym językiem nie mają problemów. Generalnie mieszkamy jakieś 7 km od spotu, bo tam są same wypasione hotele i pole golfowe, a my jak na prawdziwych surferów przystało brzydzimy się takimi luksusami, jeździmy pick-upami, a nie na przykład jakimiś cabrioletami, z damami w kapeluszach. Zresztą te damy przychodzą później „opalać” się na „naszą” plażę, tak więc wszystko jest „na miejscu” …

Plaża, a właściwie cypel z której pływamy jest już ok (patrz TU
/ – pierwsze ujęcia tego filmiku. Można podjechać do końca samochodem, plaża niby piaszczysta, ale taki gruby piach, prawie kamyczki, masa resztek rafy czy jakichś innych twardych sztuk. Kilka zdjęć w osobnych mailach. A dalej ocean. Bardzo urozmaicony widok. Najpierw kilkaset metrów płaskiej wody, z czopem jak na Zatoce. A potem rafa. Mauritius to zresztą ciekawa wyspa, bo duża, wulkaniczna chyba, a jednak w całości otoczona rafą. No i na rafie, a w łaście przed rafą jest fala. A właściwie z szacunkiem – FALA. Bałtyk, wkurzony uczciwym sztormem oznacza często kilka średnich wałków, i pianę po horyzont czasami. Tutaj widzisz błękit czy zieleń wody przy brzegu, granat dalekiego oceanu, a potem daleko, kilkaset metrów, przed rafą – ściany wody, potem duże bryzgi, pióropusz pyłu wodnego do tyłu (bo spoty side off lub czysto off shore) a potem „trochę” piany … polecam powyższy filmik, zwłaszcza ujęcia w środku z dużym pióropuszem, bo te małe to tzw. Small Brake lub Manawa, albo lepiej, na
, relacje video – fala jaka jest taka jest…

No ale ok, dla uspokojenia mogę się przyznać że od naszego przyjazdu jeszcze takiej nie było. Ale i to co jest od kilku dni na Manawa’ie czy One Eye’ue (układ spotów dobrze widać tu
) dla mnie jest na razie niesamowite. Z góry też przyznaje że na One Eye’u jeszcze nie byłem. Oglądałem z bliska, ale muszę jeszcze popracować … jak mawia Marek, który zna już smak porażki na tej fali, „są miejsca gdzie można, nawet jeżeli nie powinno się mylić. To jest miejsce, gdzie nie można się pomylić.”. Jak rozmawialiśmy o tym wcześniej myślałem że to trochę takie gadanie. Sorry, ale jak zobaczyłem TO z bliska, pływając blisko, to przeszły mi fantazje, że moje dzisiejsze doświadczenia upoważniają mnie żeby bezkarnie rzucić wyzwanie tej fali. Dla ułatwienia można dodać, że tam gdzie łamie się One Eye jest między 60 a 90 cm wody pod deską, a nad głową 3,5, 4 do 5 m fali … w układzie side off shore …

Tak więc na razie trenujemy ostro na tzw. small brake’u i Manawie. Manawa jest na razie super miejscem dla mnie, duże fala, jak się złapie dobrą to ok 3 – 3,5 m, niektóre wczoraj miały pod 4 m, dosyć wolna jak mówi Marek, choć jak się już wypiętrzy to zasuwa jak lokomotywa, a szybkości na zjeździe są niebywałe, zwłaszcza strapless miałem na początku zgrozę w oczach, a zacięcie latawca do tyłu, najlepiej żeby poszedł nad samą wodą i nawrotka do switcha żeby podjechać z powrotem pod dziada i wyciąć cut back’a wymaga przy pierwszych próbach dużego samozaparcia lub po prostu braku instynktu samozachowawczego ….

Potem, jak to w życiu przy poważnych zadaniach, jest nagroda lub kara. Nie ma raczej rozwiązań połowicznych. Nagrodą jest dynamika, siła, szybkość i emocja z wycięcia takich łuków, nawrotka na szczycie „Dziada” i szybkość zjazdu z fali, gdzie masz wrażenie że z podjazdu pod pionową ścianę przechodzisz do spadania w przepaść. A kara …? Na Manawie na razie nie jakaś wielka, na razie poza mocną wirówką nic więcej mnie nie spotkało. Mnie nie, ale moją deskę tak … bo tu okazuje się że poza falą są jeszcze prądy … gdzieś te masy wody, napędzane przez falę muszą się podziać … no i płyną w kierunkach trudnych na pierwsze oko do przewidzenia. No więc pierwszego dnia radośnie zaatakowałem sporą falę, nawet dwa skręty wyszły fajnie, ale potem mały błąd, gleba, mnie złomotało jak wirówce pralki automatycznej na programie do odwirowania, no a kiedy mnie w końcu Dziad wypuścił, to okazało się że latawiec jeszcze mam, ale deski nie widać … zacząlem bodydragować po okolicy, nawet przez chwile ją widziałem, ale poszłłaaa …. Niesiona prądem, pod wiatr, w kolejne fale innego brake’u. Jak niepyszny wróciłem do brzegu body dragiem, jakieś 1,5 km 9 na pewno poprawiłem swój łączny total ever distance przepłynięty w ten sposób przynajmniej dwukrotnie), bojąc się co inne prądy ze mną zrobią, ale jakoś się udało. Po desce ślad zaginął. Nauczki? Po pierwsze w takich miejscach pływa się jednak z surfingowym leashem. Ryzyko że dostaniesz w łeb własną deską jak cię zmieli? Ja już kupiłem leash’. No i nową deskę (takiego samego Northa Contact, ale 6’1′). Teraz pozostaje nadzieja, że własna deska nie zrobi mi kuku. Zresztą dzisiaj sam zwoziłem na Manawie z Dziadów deskę jakiemuś Włochowi, który najpierw krzyczał „oh man, that’s my board, I love you”, a jak mu powiedziałem żeby się nie wygłupiał tylko wziął leasha bo ja zaraz straci, to powiedział, że ma w nosie leasha …

Dzisiaj był trochę słabszy dzień, wiatr przyszedł późno, bo około 13.00. Marek mówi, że na razie jest dosyć silno wiatrowo, codziennie jest ok 20 knotów. Ja pływam na 10 Reo, Marek na 8. Marek jest jakieś 10 kg lżejszy, a przede wszystkim chyba jednak widać po mnie na razie długie przerwy w pływaniu, i gorszą technikę. Potrzebuję po prostu trochę więcej wiatru, a kiedyś mimo różnicy wagi z reguły pływaliśmy na takich samych latawcach. No i z falą jakby cosik gorzej niż powinno być. Mnie to na razie wystarcza i strasznie cieszy, ale Marek i inni bywalce trochę kręcą nosem że trochę mało. One Eye jakoś mało agresywny, Mały Brake ledwie działa, a często trudno go było przejść na wprost.
Próbując podsumować: super miejsce do pływania, i to bardzo wszechstronnego, od płaskiej wody do fali którą trudno ogarnąć czy spróbować podejść. No i piękne widoki jak płyniesz do brzegu. Nie pisałem o tym powyżej. Ale generalnie jak pływamy w różnych miejscach, to generalnie płynąc od brzegu widzisz równy horyzont, wodę, a wracając do brzegu widzisz płaski, równy krajobraz, z reguły bez niczego ciekawego. Nawet w Brasil widzisz plażę, czasami wydmy i palmy. Tu jest bajka. Płyniesz od brzegu, widzisz różne miejsca, czasami płasko, za chwilę miejscówki z łamiącymi się falami, na różnych spotach. Podróżujesz od kilkuset metrów do 2 km na właściwy spot (ok, nawet jak wymagające pracy to ciekawe). A powrót do brzegu, jak gonisz falę czy wraczas z `Manawy 1,5 km na playę? Widzisz góry, wysokie góry, strome, stożki, romby, jakieś inne figury, bardzo zielone, podświetlone słońcem na różne kolory. Jak z Jurasicc Parku. Płyniesz za kilkumetrową falą, która się łamie, wiatr zabiera pióropusz pyłu, z którego tworzy się tęcza …. Jaja, już kilka razy płynąc na wprost wpakowałem się do wody, bo najnormalniej w świecie się zagapiłem na te zjawiska …
Natomiast w porównaniu do Brasil, którą kocham i traktuję jako punkt odniesienie do pewnych porównań, to tu jest pełna cywilizacja, nawet jeżeli dosyć biednie, to jednak prawie europejsko, nie ma klimatu małych wiosek, egzotyki, jeżdżenia po plaży, wielkich przestrzeni niekończących się plaż. No i jest chłodniej, sporo chłodnie, i bardziej pochmurno, choć słońce pali jak już jest. Musiałem kupić krótką piankę, bo na golasa, w lycrze trochę jednak rześko …

No cóż, to chyba tyle na dziś …



Zostaw komentarz